Wrote by: Żyta Młodszy
Approved by: Żyta Starszy
20:30, zaszło słońce, jedyne
By dostać się do sławnego French Quarter, wsiadamy do tramwaju prowadzonego przez roześmianą Murzynkę. Tramwaj poza klimatyzacją dla pasażerów w postaci braku okien, posiada wysokiej klasy klimatyzację dla kierującego pojazdem – brak szyby przedniej. Prowadzenie pojazdu ewidentnie sprawia przyjemność dziewczynie, która z chęcią opowiada do czego służą 4 metalowe wajchy, które dawno już zapomniały, jaką farbą były kiedyś pokryte. Wajcha gazu, wajcha hamulca, wajcha otwierająca drzwi oraz wajcha do jazdy wstecznej. Nic więcej. Zero przycisków, przełączników czy innego typu deski rozdzielczej, w końcu tramwaj został oddany do użytku w 1923 r. Idealny sposób na przybycie do serca Nowego Orleanu.
French Quarter – dzielnica artystyczna miasta, znana z pubów, koncertów i galerii, w dzień raczej spokojna i senna, z dwupoziomową zabudową robi wrażenie peryferiów miasta. Otaczają nas kolorowe domy, ciekawie zdobione z ciągle powtarzającymi się motywem lilii - herbu bluesowego serca Louisiany. Większość okien zamknięta jaskrawymi okiennicami, chroniącymi od upału ludzi, przesiadujących w półmroku przy schłodzonym piwku . Z co chwila otwieranych drzwi leniwie dobywa się blues.
Tak właśnie wyglądał cały Nowy Orlean 150 lat temu, teraz została tylko ta dzielnica, z dwoma głównymi traktami Bourbon oraz Royal Street, niestety nieco już skomercjalizowanymi.
W wielu miejscach można dostrzec pozostałości Cathriny – huraganu, który zniszczył miasto 6 lata temu. Szczegół do szczegółu i nagle nabiera się wrażenia, że czasy świetności Nowy Orlean ma za sobą. Niemniej wieczór zapowiada się więcej niż ciekawie.
Już z daleka słychać muzykę. Wysiedliśmy z szalonego tramwaju i dochodzimy do French Quarter. Na rogu stoi około 15 czarnoskórych muzyków. Każdy z nich dmie w co popadnie, puzony, trąbki, saksofony, wtóruje im perkusja i gitara. Jazz pełną gębą. Wszyscy po kolei popisują się solówkami przy okazji zbierając pieniądze od przechodniów. Królują trąbki, przy pomocy których muzycy wyczyniają cuda. Każdy chciałby być drugim Louisem. Już tutaj można by było zostać na resztę wieczoru, jednak przypadkowo spotkany tubylec polecił nam przejście całej ulicy, która jak uważał jest zbyt komercyjna i odwiedzenie mniej uczęszczanej części French Quarter – Frenchman Street. Na mapie pokazuje nam dokładnie gdzie mamy się kierować.
Najpierw jednak wchodzimy na Bourbon Street. W końcu miasto, które nie śpi po 21, tłum ludzi i… wszędzie knajpy z muzyką na żywo. Wszyscy muzycy z Rawy Blues zmieściliby się na pierwszych 200 metrach ulicy, która ma 1,5 mili i jest jedną z kilku. W większości wejście za darmo, do wyboru do koloru. Szukam ideału - tu za głośno, tam blues ze zbyt dużą domieszką funku, tutaj za mało nutki Mississippi – mogę wybrzydzać, mam z czego. Country i rock odpadają w przedbiegach. W końcu z ulicznego jazgotu wyłapuję to, po co tu przyszedłem. Słyszę bluesa, prawdziwego czarnego bluesa, granego przez energicznego dziadka na pianinie, wtóruje mu bas, gitara i trąbka. Wchodzę do knajpy – nie pomyliłem się, czarny starszy gość oszczędnie wydobywa dźwięki, tylko te istotne, nic zbędnego, stuprocentowy blues, esencja Mississippi. Jestem w domu, trochę tłoczno, ale dziadek rządzi przy klawiszach. Piwo drogie, ale co zrobić, poza tym od czego jest Jim Beam w mojej kieszeni...
Po kilku kawałkach muzycy robią sobie przerwę, czas ruszać dalej. W końcu mam jeszcze sporo koncertów do odwiedzenia.
W ten sposób upływa parę godzin, w czasie których spośród całej gamy muzyków wybieram najlepszych pianistów, basistów, trębaczy i skrzypków. W między czasie poszukuję na rogach ulic potomków Buddiego, Howlina, Johnnyego i Raya. Możliwe że paru spotkałem, kto wie?
W końcu docieram do Frenchman Street, dużo mniej ludzi, dużo mniejszy odsetek turystów z przypadku. Z paru klubów dobiega wysokiej klasy blues i jazz. Niestety zazwyczaj trzeba płacić za wejście.
W pewnym momencie przyciąga mnie muzyka nieco innego typu. Mam wrażenie, że w pobliskiej knajpie jeszcze raz spotkał się Paco, Al i John, żeby nagrać kolejną płytę, tym razem zatytułowaną ‘Sunday night In New Orleans’.
The Spotted Cat, tego szukaliśmy, po to przemierzyliśmy całą Bourbon Street. Był blues, stuprocentowy blues mississippi, czas na najlepszy jazz, prosto z Louisiany. Skrzypce, gitara, kontrabas, trąbka i pianino tworzą to, co tygryski lubią najbardziej. Czarny kocur grający na saksofonie, namalowany nad muzykami dopełnia klimatu. Tutaj zostajemy. Feel the jazz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz