niedziela, 17 lipca 2011

Wera, Wera, Wera w Brooklynie, Ona nigdy, nigdy w naszej pamięci nie zginie...

...Ta historia zaczyna się na JFK  
Zanim mnie posłuchasz, na razie się nie śmiej  
Żenujące przesłuchanie przez robota z ambasady...

Trzeba powiedzieć jasno! Werka, razem ze swoim dobrym mężem Ryanem, ugościła nas na Brooklynie zacnie. Był zimny, wykwintny Żywiec, była knajpa z tarasem na dachu i widokiem na Manhattan, była guacamole, meksykańska kolacja i ujeżdżanie byka. Werka śpiewała nam piosenki z japońskich bajek z młodości, czym ujęła za serce kilka skośnookich dziewek. Jedna z nich później bez pardonu dobierała się do bezbronnego i niewinnego Ryana, co tylko zbliżyło nas do azjatyckich przyjaciół. Była „Szła dzieweczka do laseczka”, „Hej sokoły” i parę kawałków T.Love wyśpiewanych radośnie pełną gębą na Greenpoincie. Było pouczenie od NYPD, a jakże. Było dumnie, z pompą i po polsku, hej!!! 













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz