czwartek, 30 czerwca 2011

God is love

Po pełnych ludzi dniach na Zachodnim Wybrzeżu kierujemy wysłużoną już Toyotę (przed chwilą stuknęło jej 6000 mil w podróży z nami) w kontynent. W pustynię. Na bezludzie pełne kaktusów, skał ostrych, jak brzytwa i piasków gorących. Najpierw Slab City, prowizoryczne osiedle położone w odległości około 200 mil na wschód od San Diego, a zamieszkałe przez ludzi, chcących oddalić się od cywilizacji, wielkich miast, zgiełku i pędu. Rozbijamy namiot już po zmroku, pod krzakiem, po którym widać codzienny bój o przetrwanie na pustkowiu w temperaturze nierzadko przekraczającej 40 stopni Celsjusza. Ziemia spalona słońcem, kamienista i po długim dniu nadal gorąca. Rozbijamy jedynie tropik, by schować się w nocy przed komarami. Wyciągamy karimaty i przez następne kilka godzin patrzymy w gwiazdy. Im dłużej się w nie patrzymy, tym więcej konstelacji na niebie się ukazuje. Bartek z Piotrkiem zaczynają rozprawiać o konstelacji Star Bucks’a, co oznacza że nadszedł czas spoczynku…
Z rana spacer na Salvation Mountain, górę rozsławioną głównie dzięki filmowi Into the Wild. Dzieło starszego, ekscentrycznego Pana ku czci Boga i miłości do ludzi. Kolory tęczy rozpływają się w palącym słońcu. Całość zdaje się być oderwana od rzeczywistości i świata. Narkotyczna, przepełniona radością i tętniąca miłością, wizja rodem z lat 60., czasów hipisów. Przed 9 rano w popłochu uciekamy przed żarem lejącym się z nieba w stronę Salton Sea, jeziora śmierci.
W oddali widać dziwną, połyskującą bielą, plażę. Zapach iście portowy, wzmagający się z każdą sekundą. Kiedy dochodzimy do wybrzeża okazuje się, że plaża to miliony rybich szkieletów, kości zwierząt, rozkładająca się rybia padlina. Po długiej i burzliwej naradzie rezygnujemy z kąpieli…W tak pięknych okolicznościach natury jemy śniadanie i ruszamy w dalszą drogę.


















1 komentarz:

  1. Chłopaki, nie rzucaliście się tymi rybami? Nie wierzę! Przecież Wy tak to lubicie...

    OdpowiedzUsuń