środa, 29 czerwca 2011

Mexico

Do Meksyku wejść jest bardzo łatwo, trudniej  nieco z niego wyjść…Nam udaje się zarówno pierwsze, jak i drugie. Na granicy pytamy się meksykańskiego żołnierza czy bez problemu wejdziemy do Meksyku z polskimi paszportami. Odpowiedź brzmi: vamos, vamos, no problem…Otoczenie zmienia się drastycznie po przekroczeniu granicy. Tijuana w dzień jest miastem tłocznym, głośnym. Z każdej strony zaczepiają nas sklepikarze, taksówkarze, naganiacze. Południowa krew. Każdy czymś handluje, każdy wyciąga dłonie po amerykańskie dolary. Hałas i krzyk trochę przytłacza, ogłusza po cichych miastach i wioskach w USA.
Śmigamy po mieście w poszukiwaniu porządnej tequili i meksykańskich cigaretów. Podczas powrotu pojawia się mały problem. Kolejka do granicy z USA ciągnie się około 1 kilometra. Wydaje się, że czekać będziemy musieli dobrych kilka godzin. Oczywiście nagle spod ziemi wyrastają naganiacze, którzy przekonują nas byśmy skorzystali z autobusu, który przewiezie nas w 5 minut…5 dolarów od głowy. Gracias. 4 dolary od głowy. Gracias. 10 dolarów za nas trzech. Muchos Gracias. Panowie oburzeni oddalają się. Zagadnięty Meksykanin, który jak się okazuje przechodzi przez granicę codziennie w drodze do pracy w San Diego, mówi nam, że nie warto korzystać z ich usług, bo czeka się w korku czasami nawet dłużej. W sumie nie taki diabeł straszny. Do granicy dochodzimy w około godzinę. Ponętnej Pani Strażnik opowiadamy historię naszej podróży, co jak zwykle robi dobre wrażenie i bez większych przygód stajemy spowrotem na ziemi amerykańskiej…









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz