poniedziałek, 6 czerwca 2011

Lake Erie

Kontynuując cykl „nasz biały przyjaciel w podróży” tym razem proszę rozkoszujcie się jego pobytem na plażach jednego z Wielkich Jezior – Erie. 


2 nocleg, już w trójkę, spędziliśmy na malowniczym campingu nad Jeziorem Erie. Piotruś i Bartuś, kiedy tylko poczuli zapach śniętej ryby, zaczęli bawić się, jak mali chłopcy.


Po wieczerzy, na którą złożyły się:
- podłużna buła (stwierdzić trzeba, że buła ta z pewnością nigdy wcześniej nawet nie leżała obok dumnego, polskiego bochna chleba)
- wielki słoik dżemu winogronowego (wynalazek za 1,99 $)
- znośny cottage cheese
Piotruś i Bartuś bawili się dalej, już zabawkami dla starszych chłopców, przy strzelającym i jak zwykle magicznym i przyciągającym ognisku.


Śniadanie o 6 rano nie bolało aż tak bardzo…choć Bartkowi zmarzło cielsko i musieliśmy rozcierać mu członki…ja na szczęście dzień wcześniej zaopatrzyłem się w przeogromny śpiwór, który jak mniemam wyprodukowany został dla Amerykanina o typowych rozmiarach. W razie porannych przymrozków od biedy bylibyśmy w stanie zmieścić się w nim we trzech…


1 komentarz:

  1. Piękny zachód słońca, ale rano Bartuś coś zblazowany...

    OdpowiedzUsuń